wtorek, 14 marca 2017

Zostanę paczkomatem


Uwielbiam, gdy przychodzą do mnie paczki. Naprawdę, kocham to uczucie rozpakowywania przesyłki, bo ten właśnie moment jest najważniejszy. Zdzieranie taśmy, rozrywanie opakowania… Przeżycia doskonałe. Chwile, gdy Pan kurier dzwoni, że zaraz będzie z paczką? Doskonałe.

Co w tym wszystkim jest najlepsze? Przesyłki niespodzianki. Od czasu do czasu zdarza się taka na przykład od siostry, która tymczasowo mieszka daleko. To jest dopiero radość! I te przepyszne, bałkańskie słodycze stanowiące zazwyczaj sporą część zawartości… Mniam.

Mogłabym być blogerką/instagramowiczką, która dostaje rzeczy w zamian za testowanie i ich recenzowanie, ale nie jestem pewna czy mam wystarczającą siłę przebicia, by zebrać wystarczająco duże grono oglądających. Chociaż dla dostawania paczuszek? Może warto by się postarać.

Zamawiam sporo drobiazgów, przydatnych i tych mniej przydatnych z aliexpress, więc zawsze mam dość stabilny przychód przesyłek, które mogę otwierać. Często idą one do mnie tyle czasu, że nawet zapominam o zamówieniu i mam przemiłą niespodziankę! Ot, takie upominki dla samej siebie. Chociaż majtek w rozmiarze uniwersalnym już nigdy więcej nie zamawiam! Zdecydowanie mój tyłek nie jest rozmiaru azjatyckiego.

Każdy ma swojego małego fioła, mnie trafił się, oprócz pierdyliona innych akurat taki. I z przyjemnością go dokarmiam. Bo dlaczego by nie robić sobie dobrze?

A jakie drobiazgi Wam robią dobrze?

piątek, 3 marca 2017

Fantazja ponosi, czyli paznokcie z Barbie

Gdy byłam ledwo odrastającą od ziemi dziewczynką, uwielbiałam Barbie. Stop. Może nie same lalki, jako że zabawa nimi nie przynosiła mi żadnej satysfakcji, lecz drastyczne zabiegi na nich. Obcinanie włosów na krótko, malowanie twarzy przy użyciu najróżniejszych specyfików. Ogólnie rzecz biorąc, bawiło mnie doprowadzanie Barbie do stanu krytycznie masakrycznego.

Jako taki, okrutny dla lalek, brzdąc miłowałam się również w brokatowych paznokciach. Od czasu do czasu zostawałam posiadaczką mieniących się lakierów(dołączanych między innymi do „Bravo”), czego skutkiem były pazurki doszczętnie, lecz nie skrzętnie pokryte tą błyszczącą mazią. Następnie przez kilka miesięcy dumnie obnosiłam się z niedbale położonym brokatem, demonstrując wszem i wobec te jakże dorosłe paznokcie, aż w końcu obiekt pożądania sam z nich znikał.

Co wynikło z moich dziecięcych ciągot do Barbie i brokatu? Takie oto fantazyjne hybrydy popełnione przez moją utalentowaną przyjaciółkę:
 
Nie, nie wstydzę się tego, że mam Barbie na paznokciach. I trochę czegoś, co można by określić brokatem. Tak, być może jest to jakaś forma powrotu do dziecięcych mrzonek. 

Lubię dolewać kroplę kreatywności do wszystkiego co mnie otacza, więc i paznokcie nie mogły zostać pominięte. I dobrze mi z tym. I dobrze mi też z tym, że mam zdolną przyjaciółkę, która lubi realizować szalone pomysły razem ze mną.

*zdjęcie autorstwa utalentowanej przyjaciółki

wtorek, 21 lutego 2017

"Mam tak samo jak ty, miasto moje a w nim..."


Z miastem, w którym mieszkam łączy mnie głęboka więź. Kocham je! Prawdopodobnie jest to jednostronna miłość, ale zupełnie mi to nie przeszkadza.

Uwielbiam eksplorować otoczenie, w którym mieszkam. Też tak macie? Nieustannie odnajdywać nowe, intrygujące miejsca, dowiadywać się różnych, pozornie zbędnych ciekawostek. I nie chodzi mi tutaj o czytanie drętwej, suchej historii czy rajd po muzeach, lecz o odkrywanie prawdziwego ducha miasta.

Jaka to niesamowita radość, gdy znajduję nową, nieziemsko przytulną kawiarnię czy knajpkę z tanim, lecz pysznym jedzeniem. Jakie szczęście, gdy odkrywam miejsce, z którego roztaczają się piękne widoki, niewidziane przeze mnie dotychczas. Jaka euforia, gdy wpadam przypadkiem na doskonałą, bezludną przestrzeń, a potem zabieram tam najbliższych znajomych na pogawędki przy piwku.

Toruń jest małym miasteczkiem, ale wydaje mi się, że mimo to ma dużo zakątków, które można odkrywać, poznawać, cieszyć się nimi. A spacer nocą przez stary most z widokiem na pięknie oświetloną Starówkę? Cudowne doświadczenie, które zawsze będzie przyprawiać mnie o dreszczyk ekscytacji.

Utożsamiam się z moim miastem, żyję nie tylko w nim, ale również nim. Naprawdę darzę je szczerą sympatią. I "nacieszam” się Toruniem, dopóki tu mieszkam. A w przyszłości mam nadzieję na uroczy domek na wsi pośród natury, w którym życie rodzinne będzie toczyło się gładko(O czym ja marzę… Jasne!) i spokojnie(Ta!) niczym w najbardziej wyidealizowanych sielankach. 

Do przemyśleń o lokalnym przywiązaniu skłoniły mnie dzisiejsze fascynujące zajęcia na studiach, dzięki którym dowiedziałam się, że w Toruniu istnieje skarpa o zupełnie innym mikroklimacie niż reszta naszego kraju, takim, z którym możemy spotkać się w Toskanii. I z tego właśnie powodu w czasach średniowiecza i później prowadzono tam winnice. Nie miałam pojęcia o tym miejscu i koniecznie muszę je sprawdzić, zwłaszcza że podobno dostarcza ono malowniczych widoków!

sobota, 11 lutego 2017

Co robić, gdy kot Hitler chce u Ciebie zamieszkać?

Pewnego zimowego dnia słyszę dzwonek do drzwi, otwieram je a na wycieraczce siedzi wielki, gruby kot, który dopiero co łapkę odejmuje od dzwonka. Ba, to nie wszystko! Przyglądam mu się, patrzę, patrzę... Kogoś mi przypomina! Kogo? Jednego z najsłynniejszych władców świata, niechlubnie najsławniejszych, więc właściwie osławionych, gdyby dbać o poprawność używanych wyrazów - Adolfa Hitlera. Czy ta akcja mogła zacząć się ciekawiej?! 

Czas na małe sprostowanie. To nie było do końca tak jak to przedstawiłam przed chwilą. Wcale nie usłyszałam dzwonka, a po prostu wychodziłam z domu i się na niego natknęłam. Ale jestem przekonana, że gdyby tylko koty potrafiły dzwonić to ten na pewno by to zrobił! Albo co najmniej zapukał!

No i siedzi to takie duże i słodkie, i patrzy na mnie tymi wielkimi oczyma, jakby doskonale zdawało sobie sprawę z tego, że kocham takie bestie jak ono. Przygarnąć czy nie przygarnąć? Cudze to czy wolno chodzące? Wzięłabym, wzięła, ale niestety alergia na koty w rodzinie zdecydowała za mnie. Dobrze, że gdy wracałam to już go nie było, bo serce by pękło. Mam nadzieję, że Hitlerek(tak go nazywamy) ma dom i to przyjazny, ciepły, z dużą ilością jedzonka. I że dobrze mu się tam żyje.

A jak on się tulił, dawał głaskać, pieścić… To futerko takie milutkie, ta sylwetka obła, doskonale puszysta. Kot marzenie. Wiem, pewnie brzmię jak najpaskudniejsza fetyszystka. Ależ to nie tak!

A Wy co najciekawszego znaleźliście na własnej wycieraczce?

czwartek, 2 lutego 2017

Kiedy ostatnio zrobiłeś coś po raz pierwszy?!



Należę do osób, które lubią nowości, jednocześnie w ogóle nie lubiąc nowości.

Prawdę mówiąc, nie cierpię żadnych zmian - ani to w ludziach, ani w spożywanym jedzeniu, fryzurze, uczęszczanych miejscach i tym podobne. Być może moje życie jest rutynowe, ale lubię powtarzalność codziennych czynności.

Z drugiej strony kocham podróżować, szukać różnych rozwiązań na spędzanie czasu, dowiadywać się nowych faktów i ciekawostek. Jestem ciekawa świata i lubię drążyć różne sprawy, odkrywać, eksplorować.

Jak to może się łączyć? Nie mam pojęcia, ale za każdym razem kiedy gdzieś w internecie mignie wypisane ostrymi literami hasło: „KIEDY OSTATNIO ZROBIŁEŚ COŚ PO RAZ PIERWSZY?” to wwierca mi się ono w mózg i skłania do głębszych refleksji. Sprawia, że jestem żądna pierwszy razów, chcę ich, potrzebuję.

Kiedy ostatnio zrobiłam coś po raz pierwszy?! O, akurat mogę pochwalić się, że bardzo niedawno! Kilka dni temu udało mi się zrobić niesamowity sernik, mimo że zazwyczaj efekty moich kuchennych wyczynów można by odnaleźć wśród zdjęć u Chujowej Pani Domu i to tych najbardziej hardcorowych.

Po kilku chwilach od zobaczenia obrazka oczywiście o nim zapominam i żyję dalej wśród mojej bezpiecznej powtarzalności(oj dobra, doprawianej czasami szczyptą nowości), ciesząc się nią i delektując. Uważam, że w byciu rutynnym(Ha! Chyba stworzyłam własny przymiotnik, rutynny - lubiący rutynę) nie ma niczego złego!

A Wy? Kiedy ostatnio zrobiliście coś po raz pierwszy?

sobota, 21 stycznia 2017

Piękno Transylwanii

Rumunię wraz z siostrą przejechałyśmy nieomal wzdłuż i wszerz, mam nawet całkiem jasne wrażenie, że o wiele lepiej zagłębiłam się w ten kraj niż we własny ojczysty, ale nie żałuję! Rumunia ma tyle niesamowitych zakątków i zapierających dech w piersiach krajobrazów, że trudno to opisać, dlatego pokażę też zdjęcia.

Wiadomo, że podróż do Rumunii wiąże się najczęściej ze zwiedzaniem Transylwanii i tak też było w naszym przypadku. Odwiedziłyśmy urokliwe miasteczka takie jak: Sibiu, Sighișoara czy Brasov, które zachwycają swymi romantycznymi(to prywatne skojarzenie, cała Transylwania kojarzy mi się z dość mrocznym co prawda, ale romantyzmem) starówkami.
Tuż pod Brasovem udało nam się znaleźć niesamowity wodospad - 7 Stairs Waterfall, który zmuszał nas do wspinania się po metalowych drabinkach w kanionie, w którym spływał wodospad. Wspaniała przygoda!


Zajrzałyśmy oczywiście również do wampirzych zakamarków Transylwanii takich jak zamek w Branie czy Cytadela Poenari, ale niestety nie dostałyśmy nigdzie wampirzych szczęk, więc selfie a la Dracula nie zostało poczęte.  

Najważniejsze, najbardziej charakterystyczne miejsce w Transylwanii?
TRASA TRANSFOGARSKA(Transfagarasan) —> odsyłam do google grafiki, warto zerknąć, zdecydowanie!
Niesamowite kręte drogi, które ciągnę się wśród górskich pasem przez około 90 km gwarantują przepiękne widoki(warto zatrzymać się przy jeziorze Bâlea) i dostarczają niesamowitych wrażeń! Przejazd tą trasą jest doświadczeniem wartym przeżycia, ponieważ trasa Transfogarska oszałamia swym pięknem. Myślę, że z czystym sumieniem mogę przyznać, że to najpiękniejszy krajobraz jaki w życiu dane było mi zobaczyć jak do tej pory!


Oprócz wyczerpującego zwiedzenia Transylwanii, zahaczyłyśmy również o Bukareszt, w końcu stolicę odwiedzić wypada! Całkiem interesujące miejsce, ale po transylwańskich krajobrazach szału nie zrobiło, choć jak wszędzie kilka pięknych miejsc się znalazło.

Czy polecamy penetrowanie rumuńskich zakątków? Jak najbardziej! I to jak najbardziej dogłębne, wnikliwe!
 Część zdjęć została poczyniona przez moją wspaniałą siostrę, a część jest mojego autorstwa.